Pamiętam, że w liceum „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza uznałam za jedną z
moich ulubionych książek. Może dlatego, że wnosiła powiew świeżości, była inna,
absurdalna, nieschematyczna i tak dziwacznie zakręcona. W okresie mojego małego
buntu manifestowanego noszeniem czerwonych bluzek i glanów, dziwacznych fryzur,
odkrywaniem swoich ulubionych potraw, miejsc, książek i filmów – generalnie rysowaniem
siebie wyrazistą kreską – kierowałam się intuicyjnie tą zasadą, która następnie
uderzyła mnie w książce.
Nie chciałam wpasować się w uznane standardy, podążać
za tłumem. Moje wybory często były przypadkowe, intuicyjne. Później
zrozumiałam, że decyzje podejmowałam właściwie według klucza – byle nie
schematycznie, byle to się nie układało w większą logiczną całość, bo za chwilę
zostanę zaszufladkowana! I oto książka, która traktuje o schematach. Uderzyło
mnie to, że nie ma ucieczki od narzucanej nam formy „jak tylko w inną gębę”.
A skoro tak, to może czasem wejście w wybrany świadomie schemat,
dopasowanie do otoczenia nie jest takie złe? Oczywiście nie zawsze, nie na siłę
i wbrew sobie. Tyle wspomnień, ciekawa jestem jak ta książka będzie smakowac nieco przed 30-tką :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz